f
34/52
Egzotyczne zwierzęta – gdy atrakcja turystyczna spływa krwią
Przeglądamy zdjęcia znajomych z wakacji. Kolega stoi koło wielkiego tygrysa, ona zaś uśmiecha się od ucha do ucha trzymając na rękach małpkę. Inna z kolei macha do obiektywu z grzbietu słonia. Kto inny karmi lwiątko z butelki. Przez głowę przelatują nam pierwsze myśli: „ale fantastyczne zdjęcie”, „prawdziwa egzotyka”, „bajka!”. Nie przypuszczamy, że za tymi zdjęciami może kryć się coś, co jest mroczne i podłe.
1.
Od małego uczymy dzieci o zwierzętach i egzotyce. Już w przedszkolach zapoznajemy je z tym gdzie mieszkają słonie i dlaczego lew jest królem dżungli. Od małego podziwiamy ich majestat i marzymy o przygodach bohaterów „Księgi dżungli” czy „W pustyni i w puszczy”.

I tak też, gdy spełniają się marzenia o podróżach i obcowaniu z niespotykanymi dla nas zwierzętami, robimy to często bez zawahania. Płacimy za takie możliwości nie tylko dla tego że jest to nowe, ekscytujące, egzotyczne, ale też i dlatego, że możliwość bezpośredniego obcowania z dzikimi zwierzętami bywa niekiedy spełnieniem naszych zapomnianych, dziecięcych marzeń. Być może dlatego, że nasze pobudki często wynikają z niewinnego podziwu i sympatii, nie przypuszczalibyśmy nawet, jak krwawe skutki może to nieść dla samych zwierząt.

2.
Przejażdżka na słoniu stała się jedną z wręcz obowiązkowych atrakcji turystycznych w wielu krajach. W końcu ludzie nie od dziś wykorzystują ich siłę i majestat – to one stanowią w wielu krajach symbol władzy królewskiej, to na nich wygrywano największe bitwy, to dzięki ich sile zbudowano najwspanialsze budowle jak świątynia Angkor Wat. Słonie były również powszechnie wykorzystywane przez lata przy bardziej pragmatycznych zadaniach jak np. wycinka drzew w dżungli – to właśnie ta praca jest uznawana za jeden z najtrudniejszych aspektów pracy słoni z człowiekiem, albowiem zwierzęta muszą kilometrami przedzierać się przez dżunglę ciągnąc zwalone drzewa.

Wraz z rozwijaniem się sektora turystyki, w wielu krajach powstały ośrodki umożliwiające obcowanie ze słoniami. Jak twierdzi wiele z ich właścicieli, opiekują się głównie słoniami wyzwolonymi z ciężkiej pracy przy wyrębie drzew czy też tymi które ocalały spod kul kłusowników. Oczywiście takie słonie nie mogłyby być przywrócone na łono natury, a zatem naturalne wydawać by się mogło przenoszenie ich do hodowli. Tam – według opisów z kolorowych broszur – miałyby mieć zapewnione bezpieczeństwo, opiekę, więcej spokoju, i przede wszystkim finansowanie, dzięki odwiedzającym je turystom. Turyści zaś mogą potowarzyszyć słoniom przy kąpieli, obejrzeć występ artystyczny z ich udziałem lub, a właściwie przede wszystkim, odbyć na nich przejażdżkę. Tak przygotowana oferta, łatwo może trafić zarówno tych rządnych przygody, jak i do samych sympatyków zwierząt.

W marcu 2015 roku świat obiegła wiadomość z Wietnamu o słoniu który nagle padł podczas jednej z rutynowych przechadzek z turystami na grzbiecie. Zwierzę runęło na ziemię z wycieńczenia i zmarło na miejscu. Informacja ta wywołała olbrzymie zaskoczenie wśród samych turystów, albowiem atrakcja, która jak dotąd wydawała się niewinna, pokazała swoje ciemne oblicze: praca słoni w turystyce bywa równie mordercza co przy wyrębie lasu. Patrząc na te olbrzymie zwierzęta łatwo jest ulec wrażeniu, że za dużą masą idzie olbrzymia siła i noszenie na grzbiecie człowieka nie jest dla nich aż tak wielkim wysiłkiem – nic jednak bardziej mylnego. Jak alarmują specjaliści, słonie nie mają predyspozycji do dźwigania ciężarów na grzbiecie i wędrówki z turystami siedzącymi w wygodnych krzesełkach powodują u nich szereg komplikacji zdrowotnych, deformacji, skrzywień kręgosłupa i zwyrodnień stawów, nie wspominając już o samym bólu.Artykuł: Elephant trekking holidays: right or wrong?, http://www.responsibletravel.com Popyt zaś na takie wędrówki jest na tyle duży, że słonie często muszą bez ustanku czy chwili wytchnienia obsługiwać zmieniających się na ich grzbietach turystów. Jak wynika z raportu „An elephant is not a Machine”, częstą praktyką jednak jest też regularne okładanie ich ciosami w trakcie wędrówek czy nawet zmuszanie do pracy w trakcie przechodzenia poważnych chorób.

To, co jednak najbardziej uderza sympatyków słoni, to to jak prowadzona jest sama tresura. Celem tresury słonia (ze względu na jego olbrzymią masę i siłę) jest osiągnięcie pełnej kontroli nad nim poprzez „złamanie charakteru” – na kilka tygodni młody słoń zostaje odseparowany od matki i zamknięty w klatce uniemożliwiającej jakikolwiek ruch. Wtedy zaczyna się torturowanie poprzez bicie, zadawanie ran, przypalanie, głodzenie, a nawet uniemożliwianie mu zaśnięcia czy zaspokojenia pragnienia. Proces ten w Tajlandii zyskał nawet własną nazwę – „phajaan”. Jednym z przeinaczeń z jakimi często można się spotkać, jest przeświadczenie, że słonie – ze względu na obcowanie z człowiekiem od wieków – mogą być udomowione, tak jak np. konie. Słonie jednak nigdy nie były hodowane przez człowieka w taki systematyczny sposób jak inne zwierzęta i nawet gdy rodzą się w niewoli, zachowują wszystkie swoje instynkty i zachowania tak jak te urodzone na wolności, a zatem i ich tresura każdorazowo wygląda równie brutalnie. Gdy słoń już jest wytresowany, treserzy wykorzystują najwrażliwsze miejsca na jego ciele (np. uszy) do zadawania największego bólu. Dzięki temu później mogą łatwiej kontrolować zachowanie zwierzęcia bez zadawania gwałtownych i widocznych ciosów. Jest to praktyka którą samodzielnie można zaobserwować na wielu nagraniach czy też na żywo, gdy „opiekun” słonia przykłada charakterystyczny długi hak do jego ucha – ruch na pozór nic nieznaczący, wywołuje silny ból lub bezpośrednie skojarzenie z okresu tortur. Jest to popularna praktyka zarówno w trakcie wędrówek na słoniach jak i pokazów ich „umiejętności”. W wielu azjatyckich krajach niezwykle popularne są pokazy cyrkowe „uratowanych” słoni, w których torturowane wcześniej zwierzęta mają za zadanie zabawiać turystów grając w piłkę, malując obrazy a nawet… jeżdżąc na rowerze.

Zdając sobie sprawę z wszystkich tych zależności, trudno nie odnieść wrażenia, że los tych zwierząt wcale nie zmienił się na lepszy. Ponadto, nie bez znaczenia jest fakt, że popyt na atrakcje z udziałem słoni sprawił, że liczba tych zwierząt pracująca w turystyce wzrasta, natomiast liczba tych żyjących na wolności gwałtownie spada.

3.
Widok mnichów buddyjskich przechadzających się między spokojnymi i majestatycznymi tygrysami robi na pewno bardzo duże wrażenie. Zwierzęta zdają się być im posłuszne, a oni skromnie tłumaczą to latami pracy nad oswojeniem zwierząt. Świątynia Tygrysów w Tajlandii zaczęła swoja działalność w latach 90., kiedy to mnisi zaopiekowali się kilkoma małymi tygrysami. Dziś jednak, ośrodek zamienił się w prężnie rozwiniętą hodowlę, liczącą ok. 100 tygrysów i – trudno aby było inaczej – jedną z największych atrakcji przyciągających turystów.

Zwierzęta są na tyle spokojne, że każdy turysta może bez problemu do nich podejść, dotknąć, zrobić sobie z nimi zdjęcie a nawet nakarmić z butelki małe. Gdy obejrzymy jednak kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt zdjęć uśmiechniętych turystów pozujących z tygrysami w Tajlandii, zauważymy niepokojący element wspólny – zwierzęta są prawie nieprzytomne. Czy jedno z najbardziej niebezpiecznych zwierząt na świecie bez oporów daje sobie podnosić głowę i kłaść ją na cudzych kolanach? Czy pozwoli sobie na ciąganie go za ogon, nogę, szczękę albo nawet kładzenie się na nim całym ciężarem przez co chwilę zmieniające się obce osoby? Czy to wszystko można wytłumaczyć tym że zwierzęta są oswojone lub śpiące?

Od 2004 roku, kiedy to wyemitowano program o Świątyni Tygrysów zrealizowany przez Animal Planet, nastąpił gwałtowny wzrost zainteresowania tym ośrodkiem. Turyści zaczęli tam masowo przyjeżdżać, a wielu innych Tajów postanowiło wykorzystać ten pomysł, w efekcie czego zaczęły powstawać kolejne miejsca w których można było obcować z tygrysami. Jak się jednak okazuje, środowiska zajmujące się ochroną zwierząt i środowiska bacznie śledzą prowadzone tam praktyki i nie zostawiają na nich suchej nitki.

Jednym z podstawowych i najczęściej stawianych zarzutów jakie padają pod adresem Świątyni Tygrysów oraz podobnych jej hodowli jest faszerowanie zwierząt środkami uspokajającymi lub nasennymi, co miałoby tłumaczyć dziwne zachowanie tygrysów. Na tym jednak się nie kończy. Organizacja Care for the Wild International obserwuje ten ośrodek od lat. Swój pierwszy raport „Tiger Temple Report”, wydała w 2008 roku na podstawie ponad dwóch lat obserwacji. W 2013 roku opublikowała kolejny raport pt. „Tiger Temple: Temple of Lies”. Jak alarmuje, ze względu na olbrzymie zainteresowanie świątynią wśród turystów i chęcią obcowania ze zwierzętami, dochodzi do wyzyskiwania zwierząt i regularnego znęcania się nad nimi – mnisi i pracownicy biją, ciągną za ogony, a nawet obryzgują tygrysom pyski moczemRaport EXPLOITING THE TIGER: Illegal Trade, Animal Cruelty and Tourists at Risk at the Tiger Temple, 2008 tylko po to, aby tygrysy mogły ciągle ulegle pozować do zdjęć z turystami, którzy nie tylko koło nich przysiadają, ale i dotykają, ciągną, kładą się na nich, najkrócej mówiąc – męczą. Ponadto, wystawianie zwierząt do kontaktu z turystami zazwyczaj odbywa się na placu, gdzie nie ma żadnego cienia i zwierzęta te często są narażone na wielogodzinną ekspozycję na promieniowanie słoneczne, nawet przy temperaturach sięgających 40 stopni Celsjusza (bez możliwości przejścia w cień).Artykuł Tiger Temple, Thailand – the Truth Behind the Mask, http://www.careforthewild.com/what-we-do/campaigns/previous-campaigns/tiger-temple-the-truth/ Poza zrobieniem sobie zdjęcia przy dużym tygrysie wielką atrakcją jest możliwość nakarmienia małych z butelki. Atrakcja ta jednak jest tak popularna, że często małe są karmione prawie non stop co prowadzi nie tylko do regularnego przekarmienia, ale i cięższych problemów układu pokarmowego.

Poza przykrymi praktykami związanymi z hodowlą i warunkami w których żyją tygrysy, niepokojące są dowody wskazujące na nielegalny handel zwierzętami, w szczególności w związku z niesłabnącym popytem na tygrysie kości – w niektórych azjatyckich krajach uważa się, że mają one właściwości medyczne i są wykorzystywane do sporządzania leczniczych mikstur. Choć handel zagrożonymi zwierzętami i wyrobami z nich jest zabroniony, tygrysy znikają w niejasnych okolicznościach, natomiast ośrodek próbuje zaprzeczać wszelkim dowodom.

Świątynia Tygrysów, tak jak i podobne jej hodowle, twierdzą że jednym z głównych celów ich działalności jest ochrona zwierząt. Poza haniebnymi dowodami wskazującymi na nielegalny handel, w rzeczywistości nie byłoby nawet możliwości przywrócenia zwierząt na łono natury – uniemożliwia to zarówno przyzwyczajenie tygrysów do obcowania z człowiekiem, jak i to, że małe, które rodzą się w hodowli, są często mieszankami różnych podgatunków tygrysów, które nie występują w naturze.Ibidem W przypadku popularyzacji hodowli tygrysów jest również duże prawdopodobieństwo doprowadzenia do chowu wsobnego, które tym bardziej oddala możliwość przywrócenia tygrysów do ich naturalnego środowiska.

Problem ten, tak jak i inne wymienione, dotyczą nie tylko znanej nam wszystkim Świątyni Tygrysów, ale i wielu innych prywatnych hodowli tygrysów w Azji. Nie jest zatem rozwiązaniem odwiedzanie innych, potencjalnie „lepszych” ośrodków tego typu albowiem większość z nich też nie spełnia wymogów stawianych przez Światowy Związek Ogrodów Zoologicznych i Akwariów (WAZA).

4.
Pokrewne problemy występują nie tylko w Azji, ale i w Afryce, gdzie zwierzęta skazywane są często na jeszcze gorszy los. Przez wiele lat jedną z największych turystycznych atrakcji w wielu krajach afrykańskich było safari. To właśnie ta forma zwiedzania, umożliwiała przez lata turystom poznawanie na własne oczy dzikiej przyrody – turyści wjeżdżali na teren danego parku z przewodnikiem, w busie czy autokarze o zamkniętych oknach. Obowiązywał ścisły zakaz otwierania ich, czy tym bardziej wysiadania. Choć forma ta jest wciąż powszechna, na popularności zyskują też nowe formy obcowania ze zwierzętami, w tym głównie z lwami. Obok safari, do punktów prawie że obowiązkowych w czasie wizyty w wielu afrykańskich krajach należy wizyta w ośrodku zajmującym się opieką nad tymi zwierzętami, gdzie można je pogłaskać, nakarmić, czy nawet przejść się na spacer ze starszymi osobnikami trzymając je za ogon. Co ciekawe, wszystko to pod szyldem „ochrony gatunku”, a nawet programów „release into the wild” (powrotu na łono przyrody).

Trudno nie zauważyć podobieństwa sytuacji afrykańskich lwów do sytuacji tygrysów w Afryce. Jak łatwo się domyślić, problemy tych hodowanych zwierząt są dokładnie analogiczne. Dochodzi do przekarmiania, dochodzi do zbytniego przyzwyczajenia lwów do człowieka, dochodzi do nadużyć względem zwierząt. Na tym jednak nie koniec niedomówień, przekłamań i brutalnej prawdy jaka kryje się za możliwością tak bliskiego obcowania z lwami.

W Afryce, w szczególności w RPA, Botswanie, Zimbabwe czy w Tanzanii, wciąż popularna jest turystyka łowiecka, a w tym polowania na lwy. Wraz z rozbudowywaniem się gałęzi turystyki, wykształciły się specjalne firmy, które oferują pełne spektrum usług związanych z polowaniem w czasie wyjazdu turystycznego. W ramach nich myśliwy udaje się na zamkniętą, prywatną hodowlę lwów i wybiera konkretnego osobnika który mu odpowiada, ten zaś zostaje następnie przewieziony z hodowli na prywatny, ogrodzony teren (przypominający naturalną sawannę, dla zachowania większej wiarygodności doświadczenia). Niedługo potem na miejsce przyjeżdża myśliwy i zabija „upolowane” zwierzę, które de facto nie mając żadnej szansy ucieczki, czekało na śmierć na terenie ogrodzonym siatką. Gdy zwierzę zostaje zabite, usługodawca zapewnia patroszenie i przygotowanie wybranej formy trofeum. Opisany model polowania to tak zwany canned hunting (pol. łowiectwo zagrodowe) - sposób pozyskiwania trofeów którego roczne zyski w całej Afryce szacowane są na ok. 200 milionów dolarów rocznie. Operatorzy tego typu usług zachęcają hasłami „Pakuj trofeum – ustrzelenie gwarantowane! Nie ustrzelisz - nie płacisz!”.Artykuł L J. Ireland, Canning Canned Hunts: Using State and Federal Legislation to Eliminate the Unethical Practice of Canned “Hunting”, “ANIMAL LAW” 8 ANIMAL L. 223, 2002. Cena zaś takiej usługi waha się od 20 do 70 tysięcy dolarów.

Jaki jest związek między ośrodkami umożliwiającymi głaskanie i obcowanie z lwami a opisanymi polowaniami? Niestety bezpośredni – to właśnie te lwy, głaskane i tulone od małego przez turystów, zostają potem sprzedawane na polowania. Można więc powiedzieć wprost, że zwierzęta od małego są hodowane na odstrzał, a w czasie gdy są jeszcze małe turyści mogą z nimi robić sobie zdjęcia. Jest to dla hodowli źródło dodatkowych pieniędzy, a popyt na obydwie usługi i tak jest bardzo duży – świadczy o tym chociażby fakt, że w samej RPA jest ponad 160 prywatnych hodowli lwów i nie przypadkiem jest to też jedna z najbardziej popularnych destynacji wśród myśliwych polujących na lwy.

W nazwach większości tych hodowli można znaleźć odniesienia do ochrony gatunku. Czy faktycznie można o niej mówić w jakimkolwiek aspekcie? W parkach narodowych myśliwi ci zostaliby uznani za kłusowników, a upolowanie zwierzęcia żyjącego na wolności byłoby przestępstwem, zgodnie bowiem z obowiązującym w większości krajów prawem, zwierzęta zabite w parkach narodowych są własnością państwa. Nie dotyczy to zaś zwierzyny hodowlanej, która należy już do samych hodowców i można nią (lub trofeami) handlować.

Zawodowi myśliwi, którzy skupiają się również na ochronie zwierzyny łownej zgodnej z etyką łowiecką alarmują, że jedynie łowiectwo zrównoważone może przyczynić się do ochrony a nawet zwiększenia populacji naturalnej, a to właśnie łowiectwo zagrodowe („canned hunting”) jest dla niego zagrożeniem. Do jego wad należą m.in. sztuczna selekcja w kierunku trofeów, kształtowanie przez zapotrzebowanie rynkowe, brak norm prawnych i zmniejszenie akceptacji społecznej dla łowiectwa jako takiego (poprzez liczne kontrowersje). Warto też wspomnieć że hodowanie lwów w celu przywrócenia ich później na łono natury jest metodą która nie sprawdza się dobrze m.in. przez to, że dochodzi do chowu wsobnego, małe są od razu oddzielane od matek i są przyzwyczajane do obcowania z ludźmi.Artykuł L. T. B. Hunter, P. White itd., Walking with lions: why there is no role for captive-origin lions Pantheraleo in species restoration, “Oryx”, 47(1), 2012, str. 19.

Koronnymi argumentami mającymi bronić łowiectwa zagrodowego czy też i samego pozyskiwania trofeów, jest to, że przemysł ten wspiera finansowo lokalne społeczności a ponadto dzięki takiej formie działania zmniejsza się popyt na polowania na zwierzęta żyjące w naturze. Jak się jednak okazuje, argumentacja ta jest dość śliska. Po pierwsze, szacuje się że z zysków z „canned hunting” szacowanych na 200 milionów dolarów rocznie, realnie niespełna 3% zostanie wykorzystana przez lokalne społeczności.Raport The $200 million question (The African Lion Coallition 2013) str. 16. Co zaś się tyczy samej ochrony gatunku, wraz z upowszechnieniem polowań typu „canned hunting” popyt na trofea wzrasta i przez większą dostępność takiej „atrakcji” ginie co raz więcej zwierząt – w latach 2001-2006 z RPA wywieziono 1830 lwich trofeów, zaś od 2006 do 2011 było ich 4062. Daje to 122% wzrostu, z czego większość lwów pochodziła właśnie z prywatnych hodowli.Artykuł P. Barkham, „Canned hunting”: the lions bred for slaughter, “The Gurdian”, 3.06.2013.

5.
Sytuacja słoni, tygrysów czy lwów wykorzystywanych jako turystyczne atrakcje jest wręcz dramatyczna. Tym smutniejszy jest fakt, że nie są to jedyne zwierzęta na których zarabia się w turystyce. Na ulicach gwarnych miast nie brakuje osób z egzotycznymi zwierzętami z którymi można sobie zrobić zdjęcie za drobną opłatą. Nie brakuje miejsc gdzie można obejrzeć występy artystyczne delfinów czy małp, które prezentują dziwaczne sztuczki w akompaniamencie dudniącej z głośników muzyki. Przykłady takie jak opisane powyżej można by mnożyć.

Czy gdyby turyści mieli świadomość realiów kryjących się za wieloma z tych atrakcji, to czy korzystaliby z nich równie chętnie? Zapewne nie. Atrakcje z udziałem zwierząt przedstawiają je zazwyczaj jako ciekawą i wesołą przygodę, której głównym aspektem jest obcowanie turysty ze zwierzęciem. W połączeniu jeszcze z aspektem rzekomego ratowania tych zwierząt od śmierci czy ciężkiej pracy, sukces rozpowszechnienia takiej rozrywki jest prawie że gwarantowany. Ostatecznie nikt by nie przypuszczał że za tymi atrakcjami kryje się wyzysk, tak samo jak często nie myśli się o tym chodząc do znanych i akceptowanych społecznie cyrków czy zoo.

Problemem też jest jednak skala zjawiska, która jest wywołana niestety głównie przez popyt. Turystyka zasadza się bowiem na poszukiwaniu autentyczności, odwiedzaniu miejsc, które z czegoś słyną. Gdy pojedziemy do Paryża, odwiedzamy słynną katedrę Notre Dame, w Egipcie podziwiamy piramidy. Jedziemy zobaczyć coś, co już tam jest, od lat czy od wieków. Gdy odwiedzamy rzekomy sierociniec dla słoni np. na Sri Lance, myślimy o nim w podobnych kategoriach – ciekawego miejsca które już wcześniej istniało, a my tylko mamy możliwość je odwiedzić. Jak jednak pokazują mechanizmy działania turystyki masowej, to popyt często napędza podaż, a nie na odwrót. Im większe zainteresowanie przejażdżkami na słoniach, tym więcej będzie ich hodowli, im więcej chętnych do głaskania tygrysów, tym więcej ich znika z lasów tropikalnych. Im więcej chętnych do zrobienia sobie zdjęcia z śliczną małpką, tym więcej tych małpek znajdzie się na ulicach zamiast być w naturze. Dochodzi nawet do tego, że w pogoni za tworzeniem co raz bardziej atrakcyjnych rozrywek dla turystów przywleka się konkretne gatunki w miejsca w których nigdy nie występowały w naturze – tak jest na przykład na Bali, gdzie przywieziono mnóstwo słoni do użytku turystów, choć nigdy one nie występowały na tej wyspie. To wszystko też nie odbywa się przy równoczesnym dbaniu o zachowanie populacji zagrożonych zwierząt żyjących w naturze. Szacuje się, że w lasach należących do Kambodży, Laosu, Birmy, Wietnamu czy Tajlandii żyje na wolności tylko 350 tygrysów – prawie tyle samo, co w dwóch najsłynniejszych tajskich hodowlach otwartych dla turystów. Jest to fakt, który dość mocno unaocznia, że zmierzamy ku sytuacji, w której zwierzęta zagrożone wyginięciem przestaną występować w naturze na rzecz turystyki.

Jak napisała na forum jedna z rozżalonych turystek „te zwierzęta zostały skazane na dożywocie w niewoli. Zawiniły tym, że są piękne, i że za bardzo je uwielbiamy”. Problemem nie jest bowiem bezduszność turystów, lecz manipulująca narracja usługodawców, którzy oferują odwiedzającym wydawać by się mogło beztroskie, niewinne atrakcje odwołujące się do naszych zamiłowań czy ukrytych marzeń.

f Udostępnij 🔽 Pobierz PDF

> Następny esej
Kulturoznawczyni
Polecane lektury:

Lucia de Vries, An Elephant Is Not A Machine: Report into elephant trekking in Nepal, Animal Nepal 2014

EXPLOITING THE TIGER: Illegal Trade, Animal Cruelty and Tourists at Risk at the Tiger Temple, Care for the Wild International 2008

The $200 million question: How much does trophy hunting really contributeto African communities? The African Lion Coallition 2013

L J. Ireland, Canning Canned Hunts: Using State and Federal Legislation to Eliminate the Unethical Practice of Canned “Hunting”, “ANIMAL LAW” 8 ANIMAL L. 223, 2002

L. T. B. Hunter, P. White itd., Walking with lions: why there is no role for captive-origin lions Pantheraleo in species restoration, “Oryx”, 47(1), 2012
komentarze:

Marcin:
Świetny artykuł. Co prawda nie planowałem wyprawy w opisane rejony, ale otworzył mi oczy na problem, o którym nie miałem pojęcia, ale też się nad nim nie zastanawiałem. Obstawiałem tylko, że delfiny w parku wodnym nie żonglują piłką, bo tak lubią... Od lat bojkotuję cyrki, do zoo poszedłem tylko raz, z chrześnicą i za szybko moja noga tam nie postanie.