f
51/52
Narkoturystyka, czy poszukiwanie życiowych drogowskazów?
Dla niektórych turystów legendarny klub jest na mapie Berlina ważniejszym punktem niż Bundestag czy Brama Brandenburska. Spotkaliśmy kilka osób, które przyjechały tu tylko po to, by potańczyć przy akompaniamencie pigułek MDMA.
1.
Turystyka narkotykowa to „podróżowanie w celu zakupu albo zażycia narkotyków, które są niedostępne, nielegalne albo bardzo drogie w miejscu zamieszkania”. W definicji zawiera się cały szereg związanych z narkotykami aktywności podróżniczych. Narkoturystyką będzie zatem wizyta w amsterdamskim coffee shopie, a także kilkugodzinny wypad za granicę po czeską marihuanę.

Pewną grupę narkoturystów stanowią „turyści imprezowi”, którzy wybiorą takie destynacje jak kluby techno na Ibizie, imprezy na indyjskiej wyspie Goa lub comiesięczne Full Moon Party na Ko Pha Ngan w Tajlandii. Ich turystyczne ścieżki często są wybierane ze względu na ulubioną muzykę, subkulturę, do której należą oraz preferowany narkotyk. Inaczej przedstawia się podróżnicza mapa miłośników ecstasy i techno, a inaczej wielbicieli LSD i muzyki psytrance. Inny wymiar ma także turystyka w wykonaniu amatorów ayahuaski, pejotlu czy grzybów halucynogennych - substancji i roślin uznawanych w niektórych kulturach za święte. Narkoturystyka w ich wykonaniu przestaje mieć najczęściej wymiar czysto rekreacyjny i staje się raczej terapią, poszukiwaniem życiowych drogowskazów czy też próbą poznania innej kultury oraz jej przedstawicieli.

Za najpopularniejsze narkoturystyczne kierunki uważa się m.in. Amsterdam, Czechy, Urugwaj oraz amerykańskie stany: Kolorado, Oregon, Waszyngton i Alaska – miejsca, które mają rozluźnione przepisy w kwestii posiadania, spożywania lub zakupu marihuany. Innymi popularnymi destynacjami są także: Maroko (haszysz, kif), kraje Azji Południowo-Wschodniej (opium, heroina, esctasy, marihuana, metaamfetamina, grzyby halucynogenne), Boliwia i Kolumbia (kokaina), Peru, Ekwador i Brazylia (ayahuasca) oraz Meksyk (grzyby halucynogenne, pejotl). 

2.
Dwójka młodych ludzi rusza w szaloną podróż do Tajlandii. Wsiadają do samolotu na warszawskim Okęciu i od tego momentu wszystko jest „na maksa”, wszystko sięga ekstremum. Kochają się, nienawidzą, całują, biją, kradną, imprezują, wymiotują, palą marihuanę, zażywają kokainę i ecstasy. To fabuła teledysku do piosenki „Defto” Jamala, który na Youtubie otworzono ponad 16 milionów razy. Klip w reżyserii Krzysztofa Skoniecznego wydaje się odzwierciedlać sposób myślenia wielu turystów – że w podróży możemy sobie pozwolić na więcej, że na drugim końcu świata nie obowiązują nas zasady, którymi kierujemy się w „normalnym życiu”.

Podróże mają być odskocznią od rutyny i wakacjami od codziennych ograniczeń. To czas na „kontrolowane niekontrolowanie się”. Anonimowość w podróży przyzwala na trwanie w błogim przekonaniu, że „co dzieje się w Vegas, zostaje w Vegas”. Z myślą o szukających takich ekstremalnych wrażeń turystach powstają specjalne miejsca, tzw. backspaces – kasyna, kluby, kompleksy hotelowe, gdzie goście mogą robić, co im się żywnie podoba. Turyści często wydają się wierzyć, że w takich miejscach, jak i generalnie w podróży, obowiązują inne normy i standardy. Robią i akceptują rzeczy, których nigdy nie zrobiliby i nie zaakceptowali w codziennym życiu. 10-letni chłopiec podrzucający turystom do toreb kokainę po wcześniejszym opłaceniu jej w sklepiku z owocami nie budzi moralnego sprzeciwu, staje się raczej niewinną ciekawostką, lokalną osobliwością, dobrą anegdotą.

Natan Uriely i Yaniv Belhassen w swoim badaniu „Drugs and risk-taking in tourism” wykazują, że większość osób zażywających narkotyki w podróży żyje w przekonaniu o „nietykalnym turyście”. Wierzą, że w kraju, w którym „żyje się z turystyki”, nie podcina się „ekonomicznej gałęzi, na której się siedzi”. Myślą, że nie obowiązują ich lokalne prawa, nie są zaznajomieni z przepisami na temat zażywania, nabywania i przewożenia narkotyków w odwiedzanym kraju. Większość z nich nie przejmuje się faktem, że często grożą za to wysokie kary finansowe lub lata więzienia.

Badane osoby zdają się wierzyć, że narkotyki w podróży nie szkodzą i nie uzależniają, podczas gdy kupowanie ich od nieznajomych osób jest tak naprawdę bardziej niebezpieczne niż w miejscu zamieszkania. Nie wie się, co się kupuje, nie zna się siły narkotyku, nie zna się także samego dilera, który może mieć wobec turysty różne zamiary. Większość z ankietowanych nie przejmuje się reakcją otoczenia, chyba że są to osoby, z którymi mogą mieć kontakt po powrocie z wakacji (wtedy zazwyczaj obowiązuje zmowa milczenia, „co wydarzyło się w podróży, się nie liczy”). Często nie zdają sobie sprawy, że ich zachowanie może mieć negatywny wpływ na społeczeństwo danego kraju – handel narkotykami powoduje wzrost przestępczości, rozwój kryminalnego półświatka oraz związaną z tym przemoc na miejscowej ludności.

3.
„Niedługo wczasowicze będą wybierać kierunki nie w związku z ciekawymi miejscami do odwiedzenia, ale dla lokalnych narkotyków” – wieszczy dziennikarka Eve Turov – „Takie osoby będą coraz bardziej tracić kontakt z państwem, do którego podróżują. Już wkrótce rave na Goa czy rave na Ibizie będzie widziany dokładnie jako taka sama wycieczka, a kraj w sam w sobie przestanie być znaczący dla podróżniczego doświadczenia”. Są jednak podróżnicy, dla których „narkoturystyka” zakłada większy kontakt z krajem, na którego terenie planują swoje przygody z substancjami psychoaktywnymi. Turyści, których celem jest ayahuasca w Puszczy Amazońskiej albo pejotl czy grzyby halucynogenne w Meksyku, przestają zażywać owe substancje imprezowo i rekreacyjnie, a robią to raczej duchowo, ceremonialnie. Substancje psychoaktywne uważane w pewnych kulturach za święte mają pomóc zrozumieć zarówno siebie i świat, jak i lokalną społeczność i tradycję.

Wierzy się, że w owych substancjach żyją inteligentne duchy, które nauczają, uleczają, pozwalają komunikować się z bogami, zmarłymi bliskimi, są przewodnikami po życiu. Substancji owej nie nazywa się „narkotykiem”, a raczej „nauczycielem”, „lekarzem”, „lekarstwem”, „sakramentem”. Podróż w mniemaniu wielu turystów ma być okazją do spojrzenia na swoje życie z dystansu, poznaniem samego siebie, przekonaniem się, co w ich życiu jest naprawdę ważne. Substancje psychoaktywne mają w tym pomóc i cały proces przyspieszyć. Podczas jednej „ceremonii” mamy dowiedzieć się tego, czego byśmy uczyli się przez tygodnie czy miesiące podróży. Pejotl czy ayahuasca mają zapewnić przyspieszony kurs życia, „przeżycie-instant”, ekspresową terapię, momentalne uzdrowienie.

Popularność tych substancji wiąże się często z poszukiwaniem magii w zachodnim, odmitologizowanym świecie. Mają one pomóc zrozumieć „autentyczne” aspekty lokalnej kultury. W wiedzy rdzennej ludności szuka się remedium na problemy dzisiejszego świata. Wiedza, którą posiądziemy, będzie mądrością uniwersalną, mądrością przodków całej ludzkości. Rolę przewodnika duchowego odegra tu spiritual noble savage – mądry, profetyczny Indianin. Charakteryzować się on będzie wewnętrzną harmonią (z sobą samym) oraz harmonią zewnętrzną (ze środowiskiem). Taką harmonię oraz odpowiedzi na życiowe pytania od miejscowej ludności w ostatnich dziesięcioleciach próbuje nabyć coraz więcej podróżników.

4.
Odpowiedzi dawane przez establishment przestały satysfakcjonować młodych ludzi początku drugiej połowy XX wieku. Kontestujący hipisi zaczęli poszukiwać życiowych drogowskazów gdzie indziej – w religiach wschodu, u rdzennej ludności, w narkotykach „rozszerzających świadomość”. Wszystko zaczęło się w roku 1957 od artykułu w magazynie „Life”. Nosił on tytuł „Seeking the Magic Mushroom” i opisywał przeżycia nowojorskiego bankiera R. Gordona Wassona z ceremonialnym użyciem grzybów halucynogennych. W celu zostania „pierwszym białym człowiekiem w zarejestrowanej historii, który zjadł boskie grzyby” – jak sam określił się Wasson - udał się do indiańskiej wioski Huautla w Meksyku. Z grzybów przywiezionych przez Wassona, Albert Hoffman stworzył syntetyczną psylocybinę. Hoffmanowe LSD dało zaś początek hipisowskiej „rewolucji psychodelicznej”.

Na jej fali do uzdrowicielki Marii Sabiny z wioski Huautla zaczęli przyjeżdżać hipisi, by ta zapoznała ich ze swoimi „świętymi dziećmi” (grzybami halucynogennymi). Marię Sabinę odwiedzili wówczas m.in. Bob Dylan, John Lennon, Mick Jagger i Keith Richards. Mniej więcej w tym czasie biolog Richard Evans Schultes udał się do Amazonii w poszukiwaniu „świętego wywaru” tamtejszych Indian – ayahuaski, stając się tym samym ojcem nowej dziedziny nauki – etnobotaniki. Badał tradycyjne zastosowanie roślin przez kultury indiańskie, dużą uwagę poświęcając właśnie halucynogenom. Wówczas również antropologowie Mircea Eliade i Claude Levi-Strauss zreinterpretowali obraz szamana, który przestał być schizofrenikiem, a stał się uzdrowicielem i niejako psychoterapeutą.

Szaman zaczął być traktowany jak guru, jak przewodnik duchowy, a człowiek Zachodu chciał posiąść jego „wielowiekową uniwersalną mądrość”. Uczniem szamana stał się rzekomo peruwiański ekspata w USA – Carlos Castaneda. Ten kultowy dziś w pewnych kręgach pisarz spotkał ponoć szamana z plemienia Yaqui, a ten zaoferował mu zostanie jego nauczycielem. Proces szkolenia Castaneda opisuje w książce „Nauki Don Juana”, a nauki wiążą się przede wszystkim z zażywaniem pejotlu, bielunia i grzybów halucynogennych, które mają dać pisarzowi mądrość i samopoznanie. Castaneda zawrócił w głowie wielu osobom, które tak jak on pragnęły zostać uczniem szamana i ceremonialnie spróbować „świętych substancji”.

5.
Szaman stał się toposem, stał się symbolem Amazonii. Dla wielu doświadczenie ayahuaskowe bez szamana wydaje się być „nieautentyczne”. Dlatego wielu badaczy proponuje, by turystykę ayahuaskową nazywać raczej „turystyką szamańską”, a nie „narkoturystyką”, chociażby dlatego, że ayahuasca przez samych podróżników nie jest postrzegana w kategorii narkotyku, a raczej lekarstwa, nauczyciela. Popyt na szamanów wśród ayahuaskowych turystów sprawił, że szamani w Amazonii zaczęli pojawiać się jak grzyby po deszczu. Prawie każda osoba sprzedająca ayahuaskę przedstawi się zapewne jako szaman, chociaż czasami poprawniej byłoby nazywać ją po prostu sprzedawcą.

Ayahuaskę można z łatwością kupić w butelce po coca-coli za 50 soli na lokalnym bazarze w Cuzco, jednakże wielu turystów gardzi taką opcją. Część wybiera ayahuasca retreat – terapię w jednym z centrów ayahuaskowych w Puszczy Amazońskiej. Centra takie oprócz miejsca ceremonii mają także dormitoria, kawiarnie, biblioteki, pokoje do medytacji z psychodelicznymi lampkami i importowanymi z zagranicy meblami. Żeby zostać zakwalifikowanym na ayahuaskową terapię trzeba uiścić odpowiednią opłatę (zazwyczaj kilkaset dolarów) oraz często wypełnić odpowiednie podanie zawierające wyjaśnienie swoich motywacji, historię medyczną oraz oświadczenie, że do centrum udaje się na własną odpowiedzialność (by uniknąć ewentualnych pozwów).

W internecie działa strona AyaAdvisor, która na zasadzie TripAdvisora zbiera opinie gości i porównuje poszczególne centra ayahuaskowe. Na stronie znajdziemy 110 takich miejsc, z których najpopularniejsze zostało ocenione 120 razy. Na straży bezpieczeństwa „narkoturystów” stanęła także amerykańska organizacja Ethnobotanical Stewardship Council przyznająca centrom ayahuaskowym gwiazdki. Dostaje się je m.in. za obecność apteczek, opiekę medyczną i psychologiczną oraz laboratoryjne sprawdzenie ayahuaski na oczach wszystkich, którzy będą ją zażywać. Organizacja została mocno skrytykowana za narzucanie ceremoniom ayahuaskowym zachodnich norm oraz za paternalistyczne podejście do tradycji indiańskiej.

6.
Turyści ayahuaskowi często przyjeżdżają już z gotowym wyobrażeniem o „indiańskości” i o tym, jak ma wyglądać „autentyczny szaman”. Indiańską nowoczesność (np. posiadanie przez szamana telefonu komórkowego) odrzucają jako niepasującą do ich romantycznej i umitologizowanej wizji pozaczasowego i ahistorycznego Indianina. Często ignorują amazońską kosmologię, która nie jest w zgodzie z tym, w co wierzą oni sami. Niektóre zwyczaje uważają za przesądne i prymitywne, np. to, że do ceremonii niedopuszczane są kobiety w trakcie mensturacji. Mają wizję „właściwej relacji” między szamanem a uczestnikami ceremonii opartą na systemie wartości Zachodu (feminizm, kultura osobista, poszanowanie dystansu personalnego).

Szamani, jeśli chcą być przez zachodnich turystów opłacani, muszą się z tymi wymaganiami liczyć. Tutaj zaczyna się „odgrywana autentyczność” szamanów, którzy często specjalnie na ceremonie ubierają tradycyjne stroje, mimo że na co dzień noszą się na modłę zachodnią. Znany jest przypadek, że na międzynarodową konferencję ayahuaskową łatwiej było dostać się ubranemu w tradycyjny strój początkującemu szamanowi niż ubranemu w dżinsy szamanowi z doświadczeniem. Ceremoniami zajęli się również szamani, w których społeczności tradycji ayahuaskowej wcale nie było. Szamani bywają oskarżani o bycie „klaunami w cyrku New Age” i o łączenie lokalnej tradycji ze słownictwem i konceptami zachodnimi, a także azjatyckimi (popularne stało się np. mówienie o czakrach w kontekście ayahuaski).

Szamani zaczęli podróżować ze swoimi ceremoniami po świecie, a ayahuaskę można kupić przez internet. Mimo to wciąż wyżej ceniona jest podróż do Amazonii i zażycie wywaru w tradycyjnym kontekście kulturowym. Centra ayahuaskowe organizują spływy Amazonką, naukę rozpoznawania roślin i zwierząt oraz inne aktywności pozwalające poznać lepiej region. Popularność ayahuaski pomaga także docenić Indianom ich rdzenną kulturę i zastanowić się nad celowością ślepego gonienia Zachodu. Badacze podkreślają jednak, że prowadzi to do „retradycjonalizacji” lub „hipertradycjonalizacji”, która zmienia tradycję przez wyobrażenia zachodnich turystów.

7.
W finałowej scenie nominowanego w do Oscara filmu „W objęciach węża” ostatni żyjący przedstawiciel amazońskiego plemienia składa na ręce Richarda Evansa Schultesa halucynogenną świętą roślinę. „Miałem uczyć nie swój lud, lecz ciebie” – mówi mu – „Daj im [ludziom Zachodu] więcej niż prosili, podaruj im pieśń. Opowiedz, co widzisz i co czujesz. Powróć jako człowiek”. Schultes pije napar i ma wizję, podobną do tej z relacji osób zażywających ayahuaskę. Przesłanie filmu zaś pokrywa się z najczęstszymi poayahuaskowymi wnioskami, które zazwyczaj wiążą się z poszanowaniem natury, rodziny, korzeni, więzi międzyludzkich, tradycji i pokoju.

Podzielenie się z białym człowiekiem „świętą substancją” może mieć także inne skutki. Niechciana uwaga zupełnie rozchwiała socjodynamikę społeczności wioski Marii Sabiny i zagroziła zakończeniem lokalnej tradycji. Społeczność obwiniła o to właśnie Sabinę, która została wykluczona ze społeczności, a jej dom spalono. Ona sama jednak nigdy nie żałowała spotkania z Wassonem, uważała, że to przeznaczenie. Że jeśli to nie ona podzieliłaby się z białym człowiekiem „świętymi grzybami”, zrobiłby to kto inny. Maria Sabina wydawała się zdawać sobie sprawę z nieuchronności tego procesu.

Tradycja nie jest bowiem statyczna, a na jej rozwój wpływają różne czynniki – a w przypadku „świętych indiańskich substancji” jest to obecnie turystyka narkotykowa. Sama narkoturystyka i i jej wpływ na kulturę oraz rozwój danego regionu jest zaś zjawiskiem wielowymiarowym. Można jednak powiedzieć, że zdaje się iść ona – podobnie jak turystyka jako taka – w dwóch kierunkach, w stronę czystej rekreacji oraz w stronę duchowych, osobistych poszukiwań.

f Udostępnij 🔽 Pobierz PDF

> Następny esej
Dziennikarka, latynoamerykanistka
Warto przeczytać:

Fotiou Evgenia, 2010, From medicine men to day trippers: shamanic tourism in Iquitos, Peru.

Homan Joshua E., 2011, Charlatans, seekers and shamans: the ayahuasca boom in Western Peruvian Amazonia.

Labate Beatriz, Cavnar Clancy, 2014, Ayahuasca Shamanism in the Amazon and Beyond.

Uriely Natan, Belhassen Yaniv, 2006, Drugs and risk-taking in tourism.
komentarze:

Nikt jeszcze tego nie skomentował. Bądź pierwszy!